Co ciekawi mnie w muzyce?

Zastanawialiście się kiedyś jakie czynniki powodują, że lubicie jakiś utwór? Dlaczego jest tak, że po pierwszym przesłuchaniu jakiejś piosenki jesteście w stanie zachwycić sie nią? W moim przypadku czynnikiem podstawowym jest zaskoczenie.

Muzyka

Najwięcej uwagi podczas słuchania piosenki poświęcam muzyce. W zasadzie jestem w stanie bardzo polubić coś, co ma banalny tekst o niczym, ale jest genialnie skomponowane. Zresztą tekst nawet nie musi istnieć. Muzyka bardzo wielu popowych utworów napisana jest według schematu. Po usłyszeniu kilku dźwięków jestem w stanie przewidzieć jakie będą kolejne. Niestety zwykle taki utwór łatwo się sprzeda i wpadnie ludziom w ucho. Bo czyż nie lubimy bardziej czegoś, co już znamy? Błąd! Może jest to przepis na krótkotrwały hit, ale nie na długo pamiętane dzieło. Takich utworów niesztampowych jest wiele w jazzie, no i oczywiście w muzyce poważnej. Ale na szczęście nie tylko. Czy byłoby ciekawie gdyby teraz 100 procent popularnej muzyki brzmiało jak od Timbalanda?

Tekst

Dla wielu – sens piosenki, dla mnie – ciekawy dodatek. Słowa budują historię i przekazują jakieś myśli. Ale czy na pewno zawsze tekst musi mieć głęboki sens?

W piosenkach jest trochę jak w filmach. A w nich szukam oryginalnej historii, niesamowitej, nietuzinkowej i pozostawiającej coś po sobie w głowie. Nie lubię opowieści o życiu codziennym, o wielkich problemach, które widzę na co dzień u siebie lub w moim otoczeniu. Szukam czegoś innego. Podobnych rzeczy szukam w tekście piosenki – nieprawdopodobnej historii lub abstrakcji – gry słów lub zabawy słowami.

Żeby lepiej zobrazować to o czym mówię, podam przykład utworu „Lemur” zespołu Kury. Tekst jest o niczym, historia nie ma większego sensu, ale od początku do samego końca czekam w napięciu na kolejne słowa. Zabawa słowem to także domena zespołu Pogodno. W ich przypadku nie trzeba szukać konkretnego utworu – można coś wybrać na chybił trafił.

Kula się Prój Skaj statek
(Krzywo, ale)
Kula się Prój Skaj statek
Prosto, ale trzyma się
Folio, ale port nie wie gdzie

To jest właśnie to, czego szukam w muzyce, co powoduje, że mogę słuchać czegoś wielokrotnie i trudno o znudzenie. A co jest dla Was najważniejsze w ciekawej piosence? Czekam na komentarze.

Honor kompozytora

NotasCzęsto gdy słyszę jakiś nowy utwór, kojarzy mi się on z innym, słyszanym wcześniej. Czasem są to po prostu covery lub remiksy (ale wtedy tytuł też jest taki sam jak oryginał), a czasem ewidentnie skopiowana melodia lub jej fragment. Jednak zdarzają się też utwory, które tylko z pozoru są plagiatami. Po prostu kompozytor dał tę samą melodię do piosenek dwóch różnych zespołów czy wokalistów. Przykładowo – piosenki „Nie proszę o więcej” Edyty Górniak i „Ostatni list” Anity Lipnickiej są takie same, lecz właśnie dlatego, że jest to kompozycja Edyty Bartosiewicz, która najpierw ukazała się na płycie Anity (ale nie była promowana singlem), a później na płycie Edyty Górniak (tym razem piosenka była hitem). Sprawa tego rzekomego „plagiatu” była dość głośna kilka lat temu, ale wszystko zostało wyjaśnione.

Ostatnio spotkałem się z kolejnym tego typu znaleziskiem. Silver Rocket nagrał płytę, którą promuje piosenka śpiewana przez Monikę Brodkę – „Niagara Falls”. Sprytni internauci szybko wyczuli, że jest ona bardzo podobna do utworu „Pij z kim trzeba”, śpiewanego przez Marylę Rodowicz. No i nic w tym dziwnego – kompozytorem obu tych utworów (a w zasadzie jednej kompozycji) jest Mariusz Szypura.

Pozornie nie ma sprawy, nie ma plagiatu i wszystko jest okej. Jeśli „okej” można nazwać wprowadzanie niektórych słuchaczy w co najmniej lekkie zakłopotanie. Prawdą jest, że kompozycja to własność jej autora i może zrobić z nią co zechce. Jednak czy takie postępowanie nie jest naganne? Sam jestem kompozytorem i nie dałbym żadnej swojej kompozycji dwóm różnym wokalistom. Nie potrafiłbym wprowadzać w błąd słuchaczy. I chociaż słowo honor jest dla mnie wyświechtane, to jednak mogę z całą stanowczością powiedzieć, że taka praktyka nie jest honorowa. Rozumiem, że każdy chce jak najwięcej zarobić wysilając się jak najmniej, ale gdzieś powinny być tego granice.

Faszystowskie ucho

Tajemnicą poliszynela (wśród moich znajomych) jest kwestia moich upodobań muzycznych oraz muzycznego czepialstwa. Nie określam się jako wielki znawca muzyki, ale swoją opinię argumentuję zwykle w logiczny sposób.

Moja droga prowadziła przez bardzo wiele gatunków, wiele kapel i wykonawców. To wszystko miało spory wpływ na moje obecne postrzeganie muzyki. Nie bez wpływu była także edukacja w Państwowej Szkole Muzycznej, chociaż tylko pierwszego stopnia. Szkoła muzyczna wpoiła mi wiele zasad, dzięki którym nieco inaczej postrzegam muzykę niż zwykły słuchacz. To nie jest w żadnym wypadku kwestia gustów muzycznych, raczej chodzi o wyłapywanie niedoskonałości. Dzięki takiej edukacji (i słuchowi muzycznemu) słyszę, że ktoś śpiewa lekko pod czy nad dźwiękiem. Jako, że często moi znajomi tego nie słyszą – zostałem nazwany „faszystowskim uchem” ;-).

Czy jest to powód do chwalenia się? I tak, i nie. Z jednej strony fajnie być „lepiej słyszącym”, rozumieć opinie profesjonalnych jurorów w rozmaitych konkursach muzycznych, często się z nimi zgadzać, ale jednocześnie mieć własne subiektywne zdanie. Z drugiej strony – słuchanie muzyki ma być przyjemnością, rozrywką, czasem pozbawioną myślenia i analizowania. Gdy słucham profesjonalnie zaśpiewanego i nagranego utworu – jest to dla mnie miła i przyjemna rozrywka. Potrafię się uspokoić i zająć tylko słuchaniem. Gdy jednak słyszę niedociągnięcia – nie potrafie tego zignorować i cały nastrój trafia szlag. Chciałbym umieć to w niektórych momentach wyłączyć.

Zupełnie inną kwestią jest gust muzyczny – delikatny i subiektywny temat. Lubię, gdy muzyka mnie zaskakuje, lecz jednocześnie eksperymenty nie mogą posuwać się za daleko. Jeśli muzyka mnie nie zaskakuje, ale jest przyjemna dla ucha (i profesjonalnie nagrana) – także mogę jej słuchać, nie przeszkadza mi ona. Natomiast nie potrafię znieść muzyki zbyt banalnej, a jednocześnie hołubionej przez rzesze ludzi, którym słoń nadepnął na ucho. Jaki poziom artystyczny ma utwór, którego podkład składa się z 5-sekundowego zapętlonego fragmentu jakiegoś popowego utworu, z dodanym najprostszym bitem wygenerowanym w 30 sekund za pomocą komputera? Do tego dodajemy tekst narzekający na obecne czasy, z rymami częstochowskimi lub nawet bez rymów, miksujemy to „jak leci” i wydajemy jako genialny utwór hiphopowy. Dopóki większość polskiego hiphopu będzie brzmiało właśnie tak – dopóty nie będę potrafił go dobrze ocenić. Są oczywiście wyjątki, utalentowani muzycy i „rymokleci”, którzy udowadniają, że potrafią stworzyć coś niebanalnego. I takim należą się brawa.