Do woja marsz do woooojaaaa!

To była świetna przygoda. Z początku trochę dostawaliśmy w kość – pierwsze 3 dni były na przestraszenie. Niektórzy powoli nie wytrzymywali, a jeden nawet chciał zrezygnować. Kto? Kaczmarka poznacie później ;-). Kapral „Krzyk” zwany też „Hitlerkiem” w połączeniu z kapralem brodaczem (z którym miałem nieprzyjemność mieć mały zatarg) robili swoje. Wtedy na początku wydawali się nam bezsensownymi krzykaczami – byli jednak potrzebni. Pomyślcie jak zapanować nad 225 studentami, w większości inteligentnymi indywidualistami. Notoryczne spóźnianie się na zbiórki, niewykonywanie poleceń i takie tam „drobnostki” musiały zostać ukrócone. Fakt, że wtedy nasza nieznajomość regulaminu działała na naszą niekorzyść. Ci kaprale nie mieli nad nami władzy. Mieli ją tylko dlatego, że wprowadzili metodę krzyku. Na szczęście trwało to tylko kilka dni, bo potem ci kaprale okazali się być w porządku.

W CSSP w Koszalinie mieliśmy całkiem niezłe warunki mieszkalne, dobre jedzenie w Kasynie, ludzka kadra. Pokoje mieliśmy 2-, 3- lub 4-osobowe. Jedzenie może nie jak w wykwintnej restauracji, ale jak w dobrym barze mlecznym. Jak dla mnie – było go aż za dużo ;-). Co do kadry – niektórzy pokazali się nam od dobrej strony na początku, a potem okazali się palantami. Na szczęście to tylko nieliczne wyjątki. Mój dowódca plutonu – chorąży Składowski, w porównaniu z innymi dowódcami, najmniej nas cisnął, a i tak to my najlepiej zdaliśmy egzamin ;-). Niech tego dowiedzie tekst jednego z dowódców plutonu, egzaminujących nas – „Ten Składak to ich chyba musi napierdalać, że oni tak wszystko umieją” :-D. No cóż – po prostu nasz pluton był wyjątkowy :-D.

Tak właśnie wygląda wyjątkowy pluton:

Pluton 6, CSSP Lato 2006

Z innych zawodowych, z którymi mieliśmy do czynieniam warto wspomnieć sierżanta Koniecznego („żołnierz robi CO?”, „to się nazywa JAK?”), który dawał nam głównie w kość na wuefach, a także uwielbiał zaprowadzać porządek na kompanii przez robienie 5 zbiórek w ciągu 10 minut lub zaprowadzać porządek w pokojach przez wyrzucenie wszystkiego z szaf :-). Drugim nielubianym sierżantem był Siekierzyński – człowiek ze specyficznym poczuciem humoru. Trudno go ocenić, gdyż jest to pozer jakich mało. Jeśli kogoś lubi, to jest bardzo w porządku. Mi się udało być w dobrej z nim komitywie, a to było o tyle dobre, że Siekierzyński był szefem kompanii. Dla większości żołnierzy był jednak kawałem chama („bierz błon i wypiełdalaj!”), który obejrzał zbyt wiele amerykańskich filmów o wojskowych ;-). Większość kadry traktuje swoją pracę z nami jak zabawę, więc większych problemów nam nie stwarzali. Warto wspomnieć też sierż… tfu! chorążego Danika ;P („hahaha! zostałem zdegradowany! i to podwójnie! :-D”) za banalną „odpytkę” na egzaminie i za hasło „Panie Kubuś” ;-). No i na koniec nasz kochany dowódca kompanii – inaczej salutujący i ciągle przełykający ślinę, ale bardzo w porządku. Zaskoczyliśmy go dobrym przygotowaniem do egzaminu, za co nas nawet pochwalił :-).

Jako druga kompania, szkoleni byliśmy w specjalności „zestawy artyleryjskie”, na działach ZU-23-2 oraz S-60. To pierwsze działo wygląda tak:

ZU-23-2

Na koniec zostawiam naszą gwiazdę – szeregowego Kaczmarka. Jedyny, który do końca pozostał szeregowcem. I słusznie! Ktoś, kto robiąc kartę pracy instruktora na temat X, przepisuje z podręcznika taką kartę na temat Y, kompletnie nie patrząc na to co przepisuje. Ktoś, kto omawiając budowę kałacha myli kolbę z rękojeścią, a na samego kałacha mówi KBKS ;-). Ciągle w marszu gubi krok, a na strzelaniu (ostrą amunicją) odwraca się z naładowaną i odbezpieczoną bronią mierząc prosto w dowódcę :-D. Nieładnie jest nabijać się z kolegi, ale wszystko ma swoje granice. On poszedł do wojska niczym nie przymuszony – na ochotnika.

Nie sposób opisać wszystkie przygody z wojska. Cokolwiek by nie mówić – to była przygoda, bo prawdziwym wojskiem nie można tego nazwać ;-). Trochę żal było się rozstawać z kompanią. Może nie zdążyliśmy się jeszcze aż tak bardzo zgrać przez te 6 tygodni, może były jakieś niesnaski, ale bardzo się lubiliśmy i pewnie nie raz jeszcze się gdzieś spotkamy przy piwku :-).

kapral Kubuś