Honor kompozytora

NotasCzęsto gdy słyszę jakiś nowy utwór, kojarzy mi się on z innym, słyszanym wcześniej. Czasem są to po prostu covery lub remiksy (ale wtedy tytuł też jest taki sam jak oryginał), a czasem ewidentnie skopiowana melodia lub jej fragment. Jednak zdarzają się też utwory, które tylko z pozoru są plagiatami. Po prostu kompozytor dał tę samą melodię do piosenek dwóch różnych zespołów czy wokalistów. Przykładowo – piosenki „Nie proszę o więcej” Edyty Górniak i „Ostatni list” Anity Lipnickiej są takie same, lecz właśnie dlatego, że jest to kompozycja Edyty Bartosiewicz, która najpierw ukazała się na płycie Anity (ale nie była promowana singlem), a później na płycie Edyty Górniak (tym razem piosenka była hitem). Sprawa tego rzekomego „plagiatu” była dość głośna kilka lat temu, ale wszystko zostało wyjaśnione.

Ostatnio spotkałem się z kolejnym tego typu znaleziskiem. Silver Rocket nagrał płytę, którą promuje piosenka śpiewana przez Monikę Brodkę – „Niagara Falls”. Sprytni internauci szybko wyczuli, że jest ona bardzo podobna do utworu „Pij z kim trzeba”, śpiewanego przez Marylę Rodowicz. No i nic w tym dziwnego – kompozytorem obu tych utworów (a w zasadzie jednej kompozycji) jest Mariusz Szypura.

Pozornie nie ma sprawy, nie ma plagiatu i wszystko jest okej. Jeśli „okej” można nazwać wprowadzanie niektórych słuchaczy w co najmniej lekkie zakłopotanie. Prawdą jest, że kompozycja to własność jej autora i może zrobić z nią co zechce. Jednak czy takie postępowanie nie jest naganne? Sam jestem kompozytorem i nie dałbym żadnej swojej kompozycji dwóm różnym wokalistom. Nie potrafiłbym wprowadzać w błąd słuchaczy. I chociaż słowo honor jest dla mnie wyświechtane, to jednak mogę z całą stanowczością powiedzieć, że taka praktyka nie jest honorowa. Rozumiem, że każdy chce jak najwięcej zarobić wysilając się jak najmniej, ale gdzieś powinny być tego granice.

Wszechstronność umarła?

Dawno dawno temu żyli sobie filozofowie, czyli ludzie światli, ceniący naukę. Widzieli oni świat jako całość, nie ograniczali się do jednej dziedziny nauki. Byli fizykami, chemikami, lekarzami, a także nieobce byly im nauki społeczne. Tak wyglądały czasy przed średniowieczem. Podobnie było też w epokach po tym okresie, lecz takich ludzi już najczęściej nie nazywamy filozofami.

Obecnie filozof stracił zupełnie swój status. Nie jest już człowiekiem „kochającym wiedzę”, tylko marzycielem, kimś oderwanym od rzeczywistości. Tak odbiera go społeczeństwo. Społeczeństwo, dla którego liczy się pogoń za pieniędzmi, a co za tym idzie – pogoń za rozwojem, ale w jak najwęższym kierunku. Programista, dentysta, psychoanalityk, księgowa. Ale nawet przedstawiciele tych zawodów w obrębie swojej dziedziny zajmują sie najczęściej tylko pewnym jej wycinkiem. Niby to dobrze, bo każdy może wybrać to co lubi robić, a w dodatku umie to robić dobrze. Pracuje i cała reszta wiedzy nie jest mu potrzebna. Bo najważniejsze w życiu jest zarabianie pieniędzy.

Takie podejście do życia jest powszechne. Ciężko więc mają osoby, ktore pasjonują się wiedzą, którzy mają wszechstronne zainteresowania i predyspozycje do wielu zawodów. Według powszechnego przekonania „jeśli ktoś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Trudno być najlepszym w jakiejś dziedzinie jeśli zainteresowania sięgają dalej. Taki człowiek jednak ma szerszy ogląd rzeczywistości i potrafi dużo lepiej analizować problem, z którym się zderzył. Jest podobny do takiego starożytnego filozofa, który przecież nie wytwarzał żadnych dóbr, nie świadczył usług, ale był poważany i potrzebny. Współczesny wszechstronny człowiek musi się specjalizować, a całą resztę zostawić dla siebie. Niewiele osób go zrozumie, a spora większość będzie wyszydzać.

Czy naprawdę nie ma już miejsca dla ludzi o szerszych zainteresowaniach? A może jestem w błędzie i widzę świat inaczej? Ciekaw jestem Waszej opinii i zapraszam do dyskusji.